Jam miłego mego, a mój miły jest mój - w służbie wierności Kościoła
2 lutego Kościół Katolicki dziękować będzie za wszystkie powołania do wyłącznej służby Bogu. Poprzez rozmowę ss. Klarysek od Wieczystej Adoracji z Kłodzka, z Marią Rachel Cimińską, przybliżymy istotę ślubów zakonnych i ich miejsce i konieczność dla naszego życia w XXI wieku. 

Maria: S. Joyce Ridick SSC, w książce „ Skarby w naczyniach glinianych” napisała, że ubóstwo – „ przede wszystkim oznacza elastyczność, całkowitą, niezależną od uczuciowych pragnień dyspozycyjność, która potrafi jednakowo przyjąć utratę i zmianę, jak też zachowanie i pogłębienie więzi ze względu na Chrystusa”. Dla osoby świeckiej owa definicja jest wręcz zaskakująca, jeżeli ślub ubóstwa sprowadza się do braku dóbr.  Siostro, czym ślub ubóstwa jest i jak wygląda jego przeżywanie w klasztorze w Kłodzku?
s.M. Leticja: Ubóstwo to rzeczywistość ogromnie złożona i szczególnie umiłowana przez rodzinę franciszkańską, w tym nas – siostry klaryski. Ma chrześcijański sens, gdy jest podejmowane ze względu na Chrystusaubogiego i nie sprowadza się tylko i wyłącznie do nieposiadania albo rezygnowania z dóbr materialnych.
Tak, my kochamy papieża!
Benedykt XVI

100 Rosaries for the Holy Father incjatywa duchowego przygotowania do kolejnych Światowych Dni Mlodzieży. Więcej o incjatywie, w rozmowie z Marią Rachel Cimińską powiedział Ksiądz Miguel Jorge Pereira organizator incjatywy.

Maria:   Krótko po zakończeniu się Światowych Dni Młodzieży postanowił Ojciec zorganizować inicjatywę  100 różańców za Ojca Świętego. Zacznijmy może rozmowę od podsumowania Światowych dni Młodzieży, ale w kontekście duchowym – czy młodzież która przyjeżdża na Światowe Dni Młodzieży jest przygotowana do dawania świadectwa nie tylko słowem ale przede wszystkim czynem? Jak to wyglądało w Madrycie?

Ksiądz Miguel Jorge Pereira: Jestem pewien, że w obecnych czasach młodzi mogą być obliczem Jezusa Chrystusa. Nie mówię tylko, że mogliby być – mówię, że oni prawdziwie potrzebują stawać w świecie wraz z Jezusem Chrystusem.

CZYTAJ DALEJ...
Co się dzieje z nierozerwalnością małżeństwa?

Nierozerwalność małżeńska czy ceni się ją w XXI wieku? Na to pytanie odpowiada o. Piotr Zajączkowski OFM Cap Gwardian Klasztoru Braci Mniejszych Kapucynów w Białej Podlaskiej i  Duszpasterz Rodzin, podczas rozmowy z Marią Rachel Cimińską.

Maria: Rodzina jest podstawową jednostką społeczną. W XXI wieku Kościół na nowo widzi potrzebę walki o wartość i godność tej komórki, stanowiącej o żywotności i płodności całej ludzkiej rodziny. W jaki sposób można dzisiejszym ludziom przypominać o fundamentach, na których oparte jest życie rodzinne, jak chociażby świętość i nierozerwalność małżeństwa?

o. Piotr Zajączkowski OFM Cap: To, że trzeba o tym przypominać jest oczywiste. Natomiast jak to robić? Zadaniem Kościoła jest właśnie szukanie sposobów na dotarcie do ludzi z przesłaniem o rodzinie i małżeństwie, o jej świętości i nierozerwalności. Dzisiaj nie wystarczy mieć rację. ...

CZYTAJ DALEJ...
Kościół w Tomsku

W II Niedzielę Adwentu Kościół Katolicki, zwróci swój wzrok ku Kościołowi Katolickiemu na Wschodzie. Jako Portal, ponownie chcemy powiedzieć coś więcej o parafii w Tomsku.Sytuację na parafii, stosunek władzy do Kościoła, przybliżył w rozmowie z Maria Rachel Cimińską, ks. Andrzej Duklewski proboszcz parafii w Tomsku.

Maria: Wiele lat starano się, aby Rosja odrzuciła wiarę; ateizacja zostawiła konkretne owoce. Czy mającym zaczątki wiary trudno jest przyznać się czy tym bardziej utożsamiać się z Kościołem katolickim?

Ks. Andrzej Duklewski: Myślę, że stopniowo, powoli ci katolicy bardziej czują się Kościołem. Fakt, że od prawie dwudziestu lat w Rosji, na Syberii są księża. Powstają nowe kościoły, powstają nowe kaplice. Formują się wspólnoty parafialne. To wszystko, takie przekonanie, taka pewność wzrasta, że to jest na stałe, że to jest trwałe. Oraz, że instytucja Kościoła rozwija się, rośnie. Wcześniej, niektórzy bali się przyznawać do tego że są katolikami.

CZYTAJ WIĘCEJ...
Niebo na ziemi

Dzisiejszego dnia (21 listopada) przypomnieć można o życiu zakonnym, gdyż ogłoszona w dniu 21 listopada 1964 roku Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium jest najpoważniejszym dokumentem soborowym, który zajmuje się problematyką życia zakonnego. Oprócz tego temat św. Klary czy też św. Weroniki jest momentem aby światu przypomnieć o Siostrach Klaryskach Kapucynkach. Jak siostry świętują te Jubielusze i jak wygląda ich codzienne życie dowiedziała się w rozmowie z s. Grażyną Dryjańską OSCCap, mistrzynią junioratu w Brwinowie Maria Rachel Cimińska.

Maria: Naszą rozmowę rozpocznijmy od tematu św. Klary. Trwa Jubileusz i widać poruszenie w świecie franciszkańskim i klariańskim. Jak ten Rok przeżywany jest w Waszej wspólnocie?

s. Grażyna Dryjańska OSCCap:
Obchody jubileuszowe rozpoczęłyśmy 11 sierpnia 2011 uroczystą Mszą św., której przewodniczył br. Andrzej Derdziuk OFMCap z Lublina, obecny był też ...
CZYTAJ DALEJ...

Chrześcijanin w świecie
Duchowa odżywka 3 w 1 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Maria Rachel Cimińska   
wtorek, 21 lutego 2012 19:55


Autor: Ks. Andrzej Przybylski

 

Nie czuję Boga! Niech ksiądz coś z tym zrobi! – słyszę dość często wołanie młodych.

Myślę też, że jeszcze częściej w sercach młodych ten brak Boskiego czucia jest już tak wielki, że aż nieobecny. Oni już nawet przestali się tym martwić, że nic duchowego nie czują. Taka choroba nazywa się obojętnością. Wyobrażacie sobie, jak biedni są ludzie, którzy tracą smak albo nie mają już ochoty na żadne jedzenie? Taki stan grozi śmiercią! Również i w życiu duchowym nawet wielu ludzi nie wie, że tracąc pragnienie Boga, tracą życie i bezboleśnie umierają. Wiem też, że wielu ludzi stara się jak może, żeby nie zgubić kontaktu z Bogiem, ale coś im nie wychodzi – idą na Mszę św. jak na religijną akademię, próbują czytać Pismo Święte, ale tyle razy już słyszane historie najzwyczajniej ich nudzą, klękają do modlitwy i zanim zaczną, już chcą kończyć. Te wszystkie doświadczenia są wołaniem o duchowe odrodzenie.

 

 

Trzeba się na nowo nauczyć „jeść” Boga. Znaleźć jakąś odżywkę, która przywróci nam Boskie smaki. I po to właśnie jest Wielki Post. Choć jest on cały dla Boga, tak naprawdę Bóg chce, żeby on był bardziej dla nas. Choć w tym świętym czasie wyruszamy za Bogiem na Krzyżową Drogę i wylewamy Gorzkie żale nad Jego cierpieniem, to tak naprawdę mamy w Nim na nowo odnaleźć siebie. On oddaje nam życie, a my mamy je wziąć. Przecież nie umiera dla siebie, ale dla nas. Bóg chce, byśmy mieli życie i mieli je w obfitości! To wszystko, co rozważamy i przeżywamy w Wielkim Poście, ma być jak odżywka dla naszego życia. Wejdź w ten czas właśnie po to, żeby odżyć, duchowo odmłodnieć! Wielki Post jest jak duchowa odżywka złożona z trzech ważnych składników: modlitwy, postu i jałmużny.
Poprawiony: wtorek, 21 lutego 2012 20:19
Więcej…
 
Nie zmarnować cierpienia PDF Drukuj Email
Wpisany przez Maria Rachel Cimińska   
niedziela, 05 lutego 2012 21:29

Autor: Katarzyna Jaskólska

Różnie reagujemy na cierpienie, chorobę, niepełnosprawność – odwracamy z zakłopotaniem wzrok, za wszelką cenę chcemy postawić chorego na nogi, czasem otaczamy go szczelnym kloszem, żeby przynajmniej inne krzywdy go już nie spotkały. – A jednak cierpienie może stać się łaską, a dotknięty nim człowiek – prawdziwym apostołem Chrystusa – uważa ks. Janusz Malski ze wspólnoty Cichych Pracowników Krzyża

 

Cisi Pracownicy Krzyża to wspólnota życia konsekrowanego założona w 1950 r. przez ks. prał. Luigiego Novarese i s. Elvirę Miriam Psorullę. Włącza się ona w dzieło Centrum Ochotników Cierpienia, które powstało 3 lata wcześniej. – Sługa Boży ks. Novarese stworzył coś do tej pory nieznanego, umożliwił realizację powołania również osobom chorym, niepełnosprawnym. Chciał, by nowa wspólnota była wzorowana na pierwszych wspólnotach chrześcijańskich, tzn. żeby księża, osoby konsekrowane i świeckie, zdrowe czy chore, mogły się w niej odnaleźć. Wcześniej coś takiego było nie do pomyślenia – wyjaśnia ks. Malski. – Trzeba pamiętać, że ks. Novarese dotykał przestrzeni niełatwych, 50 lat temu nie mówiło się o integracji, osoby niepełnosprawne, zwłaszcza intelektualnie, były wręcz ukrywane i poza rodziną nikt o nich nie wiedział. Umieszczane były w przepełnionych domach opieki i taki był ich los. I w tę rzeczywistość wszedł ks. Novarese ze swoją troską o duchowy, religijny i społeczny rozwój chorego człowieka.
Poprawiony: poniedziałek, 06 lutego 2012 00:13
Więcej…
 
Bezdomność po polsku PDF Drukuj Email
Wpisany przez Maria Rachel Cimińska   
niedziela, 05 lutego 2012 21:14

Autor: Katarzyna Woynarowska


Mróz i bezdomni to niemal gotowy scenariusz na tragedię. Co roku zamarza w Polsce ok. 150 ludzi. W tym roku zima łagodna, więc i ofiar mrozu mniej. Choć nie ma co wieszczyć – do wiosny jeszcze sporo czasu

 

Bezdomność stanowi problem dla państwa, dla pomocy społecznej i dla ludzi o wrażliwych sercach. Nie jest łatwa do zdiagnozowania, niemożliwa do wyleczenia. Z bólem patrzy się na ludzi śpiących zimą w kanałach grzewczych czy w ogrodowych altankach.
Na bezdomność składa się wiele przyczyn. Zazwyczaj zaczyna się od utraty pracy, od problemów z utrzymaniem mieszkania lub w ogóle braku lokum (w Polsce nadal 1,5 mln rodzin nie ma samodzielnego mieszkania), dochodzi do tego źle działający system ochrony zdrowia i mało operatywna opieka społeczna. Z drugiej strony mamy alkoholizm, choroby psychiczne, ucieczkę od społeczeństwa, chęć zerwania z rodziną i dotychczasowym życiem.
Ilu w Polsce jest bezdomnych, próbowano liczyć dwa razy. Zawsze czynione jest to zimą, gdy mróz zmusza większość z nich do nocowania w przytuliskach. Pierwszy raz (w nocy z 15 na 16 grudnia 2009 r.) próbę uznano za nieudaną, bo słupek rtęci spadł niewiele poniżej zera, więc w polskich noclegowniach odmeldowało się raptem niewiele ponad 18 tys. osób. Druga próba, przy trzaskającym mrozie, przeprowadzona rok później, dała już wynik bliższy rzeczywistej liczbie – ponad 20 tys. Służby socjalne uściślają, że do tej liczby należy dodać jakąś 1/3 – to osoby, których największy nawet ziąb i głód czy zły stan zdrowia nie zmuszą do skorzystania z jakiejkolwiek pomocy. W sumie na ulicy żyje ok. 30 tys. naszych rodaków.
Poprawiony: poniedziałek, 06 lutego 2012 00:15
Więcej…
 
Dziennikarz jak wyrzut sumienia PDF Drukuj Email
Wpisany przez Adamo   
niedziela, 29 stycznia 2012 09:33

Jest jedną z najbardziej dociekliwych i bezkompromisowych dziennikarek, zabiegających o poznanie prawdy. W minionym roku została uhonorowana najważniejszym dziennikarskim wyróżnieniem, porównywanym do amerykańskiej Nagrody Pulitzera – Nagrodą Wolności Słowa SDP. Otrzymała ją za reportaż „Katastrofa smoleńska” emitowany w „Misji specjalnej”. W uzasadnieniu jury napisało: „Za odwagę i bezkompromisowość w docieraniu do prawdy o katastrofie smoleńskiej”

Dorastała w Katowicach. Nie ma zwyczaju dzielić się wspomnieniami z dzieciństwa. Podobnie jak i ze szkoły średniej, w której, jak dziś podkreśla, miała wprawdzie fantastycznych znajomych, ale fatalnych profesorów. Mogli wręcz służyć za antyprzykład pedagogów. Dlatego chciała zostać nauczycielką matematyki, by udowodnić, że można być ich przeciwieństwem.

Więcej…
 
2012 – rok walki o życie PDF Drukuj Email
Wpisany przez TOMASZ SANCTI   
czwartek, 19 stycznia 2012 23:44

 

DZIECKO PO URODZENIUJeszcze dźwięczą nam w uszach kolędy, które śpiewamy w naszej polskiej tradycji aż do 2 lutego. Trwamy w radości świąt Bożego Narodzenia – uroczystości, która niesie w sobie przesłanie, że Życie przyszło na świat. Niestety, nawet ci, którzy tak bardzo wzruszali się atmosferą wigilijnego stołu, już za kilka dni mogą podnieść rękę przeciwko życiu ludzkiemu. Nie zawsze bowiem tradycja religijna idzie w parze z wyborami etycznymi. Przed nami rok prawdziwej batalii o życie, a to za sprawą poselskich projektów, które mogą uderzyć w bezcenny dar życia.
Kilka tygodni temu we Włoszech było dość głośno na temat procesu, jaki rodzice wytoczyli swojej 16-letniej córce. Powód? Dziewczyna zaszła w ciążę ze swoim chłopakiem (również niepełnoletnim) i nie chciała się w żaden sposób poddać aborcji, do której namawiali ją rodzice. Na szczęście sąd w Trydencie (tam bowiem rzecz miała miejsce) oddalił pozew rodziców. Życie zostało ocalone. Takich przypadków (na razie!) w Polsce nie ma, ale musimy się liczyć z tym, że prądy liberalne, które mają obecnie większość parlamentarną, zrobią wszystko, aby Polska „dorównała” Zachodowi w liberalizacji aborcji i zapłodnienia in vitro czy też badań na embrionach.

Więcej…
 
Czystość wygrywa w walce z AIDS PDF Drukuj Email
Wpisany przez TOMASZ SANCTI   
poniedziałek, 02 stycznia 2012 00:19

369px × 277px (przeskalowane do 332px × 249px)Badania w krajach Afryki pokazały, że po dziesięciu latach rozdawania prezerwatyw procent zarażonych HIV nie zmniejszył się. Wtedy położono nacisk na edukację młodzieży w kierunku abstynencji i wierności małżeńskiej. W ciągu dziesięciu lat liczba zarażonych zmniejszyła się o 10 procent.

Sunyani to miasto w środkowej części Ghany, w którym krzyżują się najważniejsze drogi tranzytowe. Powstało jako obóz dla myśliwych polujących na słonie. Jest to też miejsce pracy salezjanów prowadzących tam szkoły, parafię oraz dom dla chłopców ulicy. Ks. Piotr Wojnarowski, salezjanin, pracuje w Ghanie od 2003 roku.

Opisując mieszkańców tego kraju, misjonarz podkreśla przede wszystkim ich spokój i opanowanie. Dobrze widać to w wychowywaniu dzieci w domach i szkołach. Kiedy jest jakiś problem to ojciec, matka czy wychowawca nie działającą impulsywnie i nie krzyczą na dziecko, ale biorą na stronę i rozmawiają z nim, wyjaśniając problem.

Poprawiony: poniedziałek, 02 stycznia 2012 01:18
Więcej…
 
Romans na całe życie PDF Drukuj Email
Wpisany przez TOMASZ SANCTI   
czwartek, 01 grudnia 2011 01:39
Nie można kochać innych, jeśli nie kocha się siebie. Rozszerzając: nie można pojednać się z innymi, jeśli żyjemy w permanentnej wojnie z samym sobą.

Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem poradników psychologicznych: Jak pokochać siebie? Jak pogodzić się z własnym życiem? Jak przebaczyć samemu sobie? Jak zaakceptować swoją historię? (pomijam pozycje w stylu: Jak w 30 dni wzmocnić poczucie własnej wartości? albo: Zaakceptuj siebie w miesiąc). Zjawisko to można skwitować i łatwo ocenić jako przejaw rozpsychologizowania naszych czasów. Warto jednak zadać pytanie. Jeśli panuje podaż na tego rodzaju lektury, to przecież musi istnieć również i popyt. Skąd on się bierze? Viktor Frankl, psychiatra, psychoterapeuta, twórca logoterapii, którego książka Człowiek w poszukiwaniu sensu rozeszła się w milionach egzemplarzy, wspominał kiedyś, że wielu dziennikarzy, przeprowadzając z nim wywiad, zaczyna od pytania: „Doktorze Frankl, pańska książka to absolutny bestseller. Co pan sądzi o tak spektakularnym sukcesie?”. Autor zwykł odpowiadać, że nie traktuje powodzenia swojej książki jako osobistego sukcesu ani osiągnięcia, lecz raczej jako potwierdzenie duchowej nędzy naszych czasów. Skoro miliony ludzi sięgają po książkę, której tytuł wyraźnie nawiązuje do kwestii sensu życia, musi być to dla nich niezwykle aktualny i palący problem. Może dzisiejsze zainteresowanie lekturami dotyczącymi poczucia własnej wartości i miłości do siebie jest również wyrazem aktualnego i dręczącego nas problemu.

Poprawiony: czwartek, 01 grudnia 2011 08:35
Więcej…
 
Wszystko w naszych rękach PDF Drukuj Email
Wpisany przez Maria Rachel Cimińska   
niedziela, 27 listopada 2011 16:17

Kościoły na zachodzie Europy pustoszeją. Ateizm rozpowszechnia się również w Polsce. Odpowiedzi na kryzys wiary biskupi szukają w nowej ewangelizacji. Czym ona jest? Czy może uratować Kościół? Dlaczego dotyczy nas wszystkich?

 

„W ostatnich dziesięcioleciach mówi się o pilnej potrzebie nowej ewangelizacji. Wziąwszy pod uwagę, że ewangelizacja to zwyczajna perspektywa w spojrzeniu na działalność Kościoła, nowa ewangelizacja jest raczej skierowana do tych, którzy oddalili się od niego w krajach od dawna chrześcijańskich”, czytamy we wstępie do dokumentu Lineamenta, przygotowującego synod poświęcony nowej ewangelizacji. W październiku 2012 roku Kościół na trzynastym zwyczajnym zgromadzeniu ogólnym biskupów podejmie temat: „Nowa ewangelizacja dla przekazu wiary chrześcijańskiej”.

 

Ewangelizacja dzisiaj

Terminu „nowa ewangelizacja” użył po raz pierwszy papież Jan Paweł II podczas pierwszej pielgrzymki do Polski w 1979 roku, na spotkaniu przy krzyżu w opactwie cystersów w Mogile, a jego znaczenie wyjaśnił i rozwinął parę lat później, 9 marca 1983 roku, na spotkaniu z młodymi na Haiti.

Czym jest więc nowa ewangelizacja, bo nie chodzi przecież o powtórną ewangelizację ani reewangelizację. Nie chodzi również o głoszenie jakiejś nowej ewangelii. Nowa ewangelizacja to przede wszystkim nowa gorliwość, nowe metody i nowe podmioty. Co to w praktyce oznacza?

Ewangelizacja powinna być odświeżona:

•    w swojej nowej gorliwości – chodzi o to, abyśmy ożywili w sobie odpowiedzialność za przekaz Ewangelii i byli gotowi z Dobrą Nowiną rzeczywiście pójść do innych i apostołować;

•    w stosowaniu nowych metod – czyli poszukiwaniu nowych sposobów dotarcia z Ewangelią do dzisiejszego człowieka; mówi się tu o takich środkach, jak: telewizja, radio, prasa, teatr, Internet – które bardziej odpowiadają mentalności współczesnego człowieka, jego językowi;

•    w uczestnictwie nowych podmiotów – chodzi o zaangażowanie się w dzieło ewangelizacji wszystkich, przede wszystkim świeckich.

Więcej…
 
Pasterze czy rybacy ludzi? PDF Drukuj Email
Wpisany przez Maria Rachel Cimińska   
niedziela, 27 listopada 2011 16:12

O nowej ewangelizacji z ojcem Ranierem Cantalamessą OFMCap, kaznodzieją Domu Papieskiego, rozmawia Cezary Sękalski

 

W książce „Wiara, która zwycięża świat” ukazuje Ojciec dwie formy przekazu ewangelicznego: kerygmat i didache. Pierwsza ma prowadzić słuchacza do osobistej relacji z Jezusem, a druga to nauczanie skierowane do osób już wierzących, aby zgodnie z wolą Bożą kształtowali swoje życie osobiste i wspólnotowe. Gdzie w tym kontekście można umiejscowić pojęcie nowej ewangelizacji?

Punktem wyjścia nowej ewangelizacji nie jest didache, ale kerygmat. Nie chodzi w niej bowiem o nauczanie moralności ani o pielęgnowanie cnót, ale o ogłaszanie Chrystusa umarłego i zmartwychwstałego. Najpierw trzeba doprowadzić człowieka do osobistej relacji z Chrystusem, a dopiero potem można włożyć na jego barki obowiązki wypływające z wiary. Jeśli zaczynamy głoszenie od zobowiązań moralnych, ludzie dzisiaj tego nie przyjmują. Nie oznacza to, oczywiście, że należy zarzucić katechezę, wykłady z etyki, naukę doktryny czy formację. Trzeba jednak w tym wszystkim najpierw przywrócić właściwe miejsce Chrystusowi.

Więcej…
 
Nieobecni są najbliżej PDF Drukuj Email
Wpisany przez Aleksandra Bonk   
czwartek, 17 listopada 2011 00:18
Czasem zostają po nich strzępy notatek, jakiś sweter lub szalik, fotel powycierany na łokciach, zdjęcie z twarzą bez rumieńca, obrączka… Zmarli wcale nie odchodzą. Oni tylko „wymykają się naszym oczom”.

TEKST:KATARZYNA JARZEMBOWSKA

Lubię wiersze ks. Twardowskiego. Trzymam kilka tomików na szafce przy łóżku, nie obawiając się, że jakieś nadęte słowa wykipią nocą spomiędzy sfatygowanych kartek. W Abecadle dziewięćdziesięciolatka – tam, gdzie mowa o umieraniu – znajdują się jedne z piękniejszych wersów. Że śmierć jest miłości potrzebna. Że jak sól ją utrwala. Że ukochani umarli są blisko i we śnie na palcach podchodzą. Poezja… Niestety, w prozie życia trudno uwierzyć (tak bez zdradzieckiej nutki zwątpienia), że śmierć nie jest naszym wrogiem, że można na nią spojrzeć w duchu nadziei, a nie jak na katastrofę, która zdarza się zawsze w niewłaściwym miejscu.

Kiedy podczas przysięgi małżeńskiej mówi się o tym, że „cię nie opuszczę aż do śmierci”, to ten kres nie mieści nam się w głowie. Po prostu. Potem obrączka matowieje – polerowana na kolejne „lecia”. Ile ich będzie? Dla niektórych kilka, dla innych kilkadziesiąt. Póki nie staniesz się wdową. Lub wdowcem.

 

Podjęłam dzieło męża

 

– Mąż był geografem – wspomina Hanna Marchlik. – Poznaliśmy się na balu biologów, chociaż ani ja, ani on nie lubiliśmy tańczyć. Właściwie Tadeusz znalazł się na tym balu przypadkiem – koledzy przyszli w garniturach, a on – dość oryginalnie – w swetrze… Był z urodzenia chełmianinem, ja urodziłam się w Bydgoszczy, choć moja rodzina pochodziła także z tamtych stron. No i na parkiecie zgadaliśmy się, że może warto się bliżej poznać, skoro mamy nieomal wspólne korzenie. Tak się zaczęło: na balu biologów, podczas tańca, który nam nie wychodził… Za rok trafiliśmy na bal geografów. W ogóle muszę się pochwalić, że mąż w 1970 r. był najlepszym studentem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Imponował mi swoją wiedzą. Był bardzo oczytany. Nasz dom jest zresztą w dalszym ciągu wypełniony książkami. Biblioteczka domowa liczy… jakieś 2 tys. tomów.
Staż małżeński Hanny i Tadeusza to 24 lata. Zawsze wszystko robili razem: planowali, pracowali, wypoczywali, podróżowali. Chociaż rachunki i rozliczenia podatkowe były osobistą pasją Tadeusza – żona patrzyła na „papiery” z dużą dozą nieufności. Rok 1995 zamknął pewien etap jej życia. Jej i dwóch dorastających córek (miały wtedy 14 i 16 lat). – Mąż bardzo krótko chorował, więc nie miałam czasu na refleksję: co by było, gdyby…
Pierwsze tygodnie były bardzo trudne, ale dużo dała mi modlitwa. Nie pozwoliła zwątpić. Miałam również dzieci, o które musiałam zadbać. Właściwie… nie było czasu na to, żeby wylewać łzy. Człowiek z zapuchniętymi oczami jest zmęczony i gorzej funkcjonuje. Niektórzy radzili mi zostać w domu. Uporać się z bólem w czterech ścianach. Nie brałam tego pod uwagę. Za dużo rzeczy było do zrobienia.
Hannę wspierał jej ojciec – potem dowiedziała się, że trochę wątpił w to, że sama da sobie radę. Chociaż jego matka – też jako wdowa – wychowywała sześcioro dzieci. – Pomyślałam, że nie ja jedna straciłam męża, że takich jak ja są tysiące. To – w jakimś sensie – podtrzymywało mnie na duchu. Miałam wtedy 47 lat. Owszem, stało się coś dramatycznego, ale wiedziałam, że trzeba iść naprzód. To przekonanie dała mi wiara, która nie jest przecież wiarą człowieka smutnego, tylko radosnego. Bo śmierć tak naprawdę niczego nie kończy…
Tadeusz Marchlik był człowiekiem czynu – angażował się w życie parafialne, społeczne, polityczne… Był pierwszym redaktorem gazetki „Wspólnota”, która ukazuje się do dziś w bydgoskiej parafii Chrystusa Króla, piastował stanowisko przewodniczącego zarządu wojewódzkiego Stowarzyszenia Civitas Christiana, w 1989 r. uzyskał mandat posła na sejm kontraktowy.
– Po śmierci męża ksiądz proboszcz zapytał mnie, czy nie chciałabym kontynuować jego dzieła. Odpowiedziałam mu wówczas, że taka dobra to nie jestem… Przez pierwsze miesiące chciałam ochłonąć po tej stracie. Ale w miarę upływającego czasu docierała do mnie konieczność „przejęcia pałeczki” i ocalenia tego, co zapoczątkował. Jedna z pierwszych próśb dotyczyła udziału w komitecie organizacyjnym III Biegu Sztafetowego im. ks. Jerzego Popiełuszki. Miałam też napisać reportaż z trasy. Wcześniej zajmował się tym Tadeusz i choć towarzyszyłam mu w poprzednich biegach, nie byłam przekonana, że zrobię to tak dobrze jak on. To była moja pierwsza „wdowia aktywność”.
Tadeusz Marchlik na rok przed śmiercią rozpoczął w gazecie redagowanie działu komentatorskiego „Widziane z Błonia”. W 1994 r. – kiedy Akcja Katolicka w Polsce nie była jeszcze erygowana – na pierwszej stronie jednego z numerów napisał tekst W kierunku Akcji Katolickiej. Hanna nosi go do dziś jako „osobistą relikwię”. Nic więc dziwnego, że kiedy dwa lata później proboszcz ogłosił, że poszukuje osób chętnych do współtworzenia grupy inicjatywnej, zgłosiła się i ona. – Po prostu wiedziałam, że gdyby mąż żył, to na pewno by poszedł. Więc nie mogłam nie podjąć pewnych rzeczy – także w jego imieniu. Mój udział w życiu Kościoła stawał się naturalny. Dzisiaj działam w szeregach Akcji Katolickiej i Civitas Christiana. Poza tym… lubię podróżować. Uczę się języka hiszpańskiego i – w miarę możliwości – odwiedzam Hiszpanię, gdzie mieszka młodsza córka. Chciałabym również wrócić do malowania. Czuję, że jakieś furtki są wciąż otwarte.
Powtórne zamążpójście? Tego nie brała pod uwagę… Może w początkowym okresie – i to tylko dlatego, że nie potrafiła samodzielnie zrobić wielu – typowo męskich – rzeczy. Nie oglądała się jednak za nikim. – Postanowiłam, że nawet gdyby ktoś bardzo interesujący starał się o moje względy, to nie. Trzymałam na dystans potencjalnych kandydatów, ostentacyjnie nosząc obrączkę…

Nosi ją do dziś.

 

Dlaczego tak szybko?

 

Zdzisław Marach poznał żonę – jak to zazwyczaj bywa – przez przypadek. Właśnie wrócił z wojska. Jego matka i Halinka razem pracowały. – Pamiętam tę wycieczkę zakładową do Kórnika, jakby to było wczoraj… W drugim autokarze jechała dopiero co poznana dziewczyna, która w sierpniu 1973 r. została moją żoną. Ks. Paweł Matausz, który udzielał nam ślubu, powiedział, że najlepiej jest, kiedy żona męża, a mąż żonę poznaje przez całe życie. Perspektywa każdego kolejnego dnia, który może przynieść coś nowego, wnosi do małżeństwa jakąś świeżość. Tak było z nami. Ponadto zawsze łączyła nas wspólna droga. Nigdy nie musieliśmy stawać obok siebie i zastanawiać się, w którą stronę pójść. To było najwspanialsze, a potem najtrudniejsze w tym rozstaniu…
Pierwsze myśli po śmierci? Na pewno pytanie: dlaczego tak szybko? Choroba nie dawała sygnałów, że Halina może odejść w niespełna 23 dni od momentu zawiezienia do szpitala. Miała 58 lat. – Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Co dalej? – pytałem sam siebie. Wszystkie najdrobniejsze rzeczy w domu przypominały żonę. Wydawało się, że nie sprostam obowiązkom, które ona na co dzień wykonywała. To była dla mnie bariera nie do pokonania. Jednak czas pokazał, że ze wszystkim można się uporać. Z perspektywy ponad trzech lat widzę, że często nie docenia się codziennego – wydawałoby się zwyczajnego – wysiłku drugiego człowieka. Trzeba zachować równowagę – pomagać sobie w najdrobniejszych pracach, chociażby w opłatach rachunków, czego zawsze pilnowała żona. Potem takie niby drobiazgi mogą nas przerosnąć…
Odejście najbliższej osoby jest pewną cezurą – momentem granicznym wyznaczającym koniec jednej i początek następnej epoki. Czy gorszej? Na pewno innej – uszczuplonej przez nieobecność tego kogoś, ale bogatszej w nowe relacje z innymi ludźmi. – Po śmierci żony nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Szukałem zajęć, które by zagłuszyły i wypełniły pustkę. Postanowiłem, że nie będę siedzieć w miejscu. Pierwszym wyzwaniem był wyjazd do Wilna – do Ostrej Bramy. Znalazłem się blisko Matki Bożej. Przemyślałem parę spraw. Potem wziąłem kurs na Suwałki – rodzinne strony mojej żony. Znalazłem tam prawdziwe wsparcie, na które ciągle mogę liczyć. Wielką pociechą są również wnuki. To esencja życia.

Zdzisław Marach podkreśla, że czas jest mimo wszystko najlepszym lekarstwem. Goi rany. Czy rozgląda się za „towarzystwem”? Myśli o kolejnym związku są jeszcze za trudne. Nie mógłby stanąć przy ołtarzu, ale… – Coś z tym życiem trzeba zrobić. Nie wystarczą tylko wyjścia do teatru czy opery. Człowiekowi jest potrzebna kłótnia i godzenie się. Te drobne codzienne okruchy, których smaku – za życia bliskich – tak często nie doceniamy…

 

Ślub po raz drugi

 

Leszek był starszy od Małgorzaty (nie chce ujawniać nazwiska) o dwa lata. Poznali się w technikum rolniczym. – Chciałam być gwiazdą. Wybrałam się pierwszy raz na wieś w obcasach. A tu śnieg i zaspy po kolana. On przyjechał po mnie… traktorem. Był po prostu wspaniały – pracowity, wyrozumiały, bezkonfliktowy. Zostaliśmy małżeństwem w lipcu 1981 r.
Leszek zachorował na ziarnicę złośliwą w 1993 r. Mimo zastosowanej chemii jego stan z tygodnia na tydzień się pogarszał. Zmarł dwa lata później. Miał 35 lat. Małgorzata – 33. Osierocił dwoje kilkuletnich dzieci. – Mój świat się zawalił. Na szczęście, nie do końca legł w gruzach – a to jedynie za sprawą życzliwych ludzi – rodziny i przyjaciół. To oni wspierali mnie przez pierwsze lata, również materialnie. W natłoku codziennych obowiązków zadawałam sobie standardowe pytanie: dlaczego ja?
Obraziłam się na Pana Boga. Chodziłam do kościoła, ale… czułam się pokrzywdzona. No i siedziałam na cmentarzu – dziewczynki mogły wtedy porozmawiać z tatą. To był ciężki czas. Jednak musiałam żyć dalej.
Małgorzacie nie brakowało mężczyzny. Może tylko było jej smutno, kiedy córki wychodziły na plac zabaw lub szły na noc do babci, a ona zostawała sama. Wtedy gryzła samotność. Niby ma się znajomych, ale przecież oni też żyją swoim życiem. Ile można się narzucać?
Andrzej zaglądał do przychodni, w której pracowała. Też był wdowcem. Jego żona zginęła tragicznie w wypadku samochodowym. Został sam z dwójką synów. Poznali się w maju 1998 r. i na początku wcale nie myśleli o małżeństwie. Bali się reakcji dzieci – czy zaakceptują ich i siebie nawzajem. – Jesteśmy osobami wierzącymi i takie życie ze sobą bez sakramentu było… niezręczne. Mieszkaliśmy w centrum – na terenie parafii katedralnej. Dzieci udzielały się w kościele – chłopcy byli nawet lektorami. No i przyszła pierwsza wspólna kolęda. Na szczęście, trafiliśmy na wspaniałego księdza, który zapytał… czy mamy zamiar odwiedzić kancelarię parafialną. Odpowiedzieliśmy, że tak. Zbliżał się również czas Pierwszej Komunii Świętej naszych najmłodszych dzieci. Czuliśmy, że trzeba coś z tym zrobić, żeby być w porządku wobec siebie i Boga. Ślub odbył się 9 kwietnia 1999 r.
Potem wcale nie było łatwo. Małgorzata przyznaje, że zdarzały się i trudne dni. Przerastał ją ogrom obowiązków. Do pracy zawodowej doszedł jeszcze etat w domu – trzeba było zająć się czwórką dzieci. Ugotować, wyprasować, posprzątać, sprawdzić lekcje. Warto było. Dzisiaj jest szczęśliwa.
Dagmara, córka Małgorzaty i Leszka, pamięta tatę. – Dobry, wyrozumiały, mądry. Wyjątkowy – wylicza. Pamięta też mamę – zapracowaną, ale też skupioną na dzieciach. – Najpierw była praca, a po niej już tylko my. Kiedy zabrakło taty, mama starała się tak nam wypełnić czas, byśmy nie czuły jego nieobecności. Marzyłam wtedy o rowerze. Z pensją mamy i naszą rentą po tacie nie było to łatwe. Jednak kiedy wróciłam z wakacji, na balkonie zobaczyłam nie jeden, a trzy rowery! Mama kupiła je dla nas i dla siebie – żebyśmy mogły razem spędzać czas.
W ogóle Dagmara dużo pamięta – także pierwsze spotkanie z Andrzejem. – To, co mnie uderzyło, to ogromne podobieństwo do mojego taty. Długo nie mogłam zasnąć. Mama przygotowywała nas, że to coś poważniejszego. Nie chciałam, żeby była sama. Życie zbyt szybko ucieka, a samotność to niekoniecznie dobra sprawa…

Z tą samotnością – także wdowią – bywa różnie. Często budzi się niepokój: co ja sama lub sam zrobię w pustym domu? Ale – jak podejmuje wątek ks. Twardowski – w tym lęku jest nasz upadek. „Bo samotność rozpoczyna się nie wtedy, kiedy ludzie od nas odchodzą, ale kiedy my odchodzimy od ludzi”.

 

Z wiary wypływa nadzieja

Ks. Janusz Tomczak,
proboszcz bydgoskiej parafii
św. Jana Apostoła i Ewangelisty, w której działa duszpasterstwo wdów i wdowców

Okres żałoby może stać się przeraźliwym krzykiem gniewu wypływającym z poczucia zranienia, skrzywdzenia, odsunięcia na bok, uznania bezwartościowości, pozbawienia należnego uznania. Krzyk ten jest tym bardziej zasadny, gdy taka osoba ma poczucie, że jej „wnętrze” – mimo zaistniałej sytuacji – jest jeszcze pełne energii. Energia ta, niestety, nie ma już celu, do którego mogłaby dążyć. Dlatego do codziennego życia coraz częściej zakrada się nuda, która staje się udręką. Jest to czas ogołocenia i strat. Rodzi się poczucie coraz większych ograniczeń. Wielu czuje, że musi się wycofać i zgodzić na życie w odcięciu od świata, bez wsparcia uczuciowego czy duchowego. A przecież człowiek poczyna się i rodzi do życia we wspólnocie. Jeżeli brakuje mu ludzi, z którymi mógłby tworzyć więzi, wtedy coraz bardziej odchodzi z tego świata – w świat urojeń, wspomnień, a wreszcie w świat wieczności. Często logiczne argumenty i zdrowy rozsądek nie pomagają przeżyć trudnego okresu straty – czasu żałoby.
Dlatego wiara odkrywana na nowo w duszpasterstwie wdów i wdowców, niczym cieniutka nić, daje nadzieję, która pozostaje i trwa. Pomaga odkryć inną radość, inną pełnię, pomimo poczucia żałoby. Nie ma już konieczności udowadniania komukolwiek czegokolwiek, wkładania masek, z którymi później trudno żyć, grania kogoś zupełnie obcego. Odkrycie, że jestem słaby i nie muszę udawać kogoś innego – mocnego, wyzwala i przenosi na grunt wyciszenia. Odnajduje się wtedy to, co się zgubiło, dążąc – na przykład – do władzy i sukcesu. Dzięki jedności z Bogiem można przetrwać trudne momenty, okresy wyrzeczeń, smutku i żałoby. Jeżeli całe życie uczę się przyjmować różne straty, także te niewielkie, gdy jestem „adeptem małej szkoły podnoszenia się z codziennych utrapień”, dużo łatwiej podjąć trud wielkiej straty. Powoli też widzę, że mogę stworzyć wspólnotę małżeńską z inną osobą, co jest możliwe pomimo balastu życiowych cierpień. Mogę podjąć się zadania stworzenia katolickiego małżeństwa z drugim człowiekiem. Pomocą w rozwianiu wątpliwości może być szczera rozmowa z duszpasterzem w biurze parafialnym lub podczas spowiedzi.

Wysłuchała
KATARZYNA JARZEMBOWSKA


Prof. Aleksander Araszkiewicz, kierownik
Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UMK,
członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego:
– Osamotnienie jest jednym z bardzo istotnych czynników, które zwiększają ryzyko choroby w postaci depresji czy nawet zaburzeń psychotycznych. Jeżeli ktoś żyje kilkadziesiąt lat z drugą osobą i w pewnym momencie zostaje sam, to traci grunt pod nogami. Ten aspekt osamotnienia jest niezwykle dramatyczny. Samobójstwa w wieku podeszłym (a ich liczba jest dość wysoka) dokonują się najczęściej wśród osób samotnych – po stracie. Postronnym obserwatorom trudno uwierzyć, jak głęboko może przeniknąć ból i jak obezwładniający może być brak perspektyw na dalsze życie – już bez tego drugiego człowieka. Z różnorodnych danych wynika, że kobiety łatwiej radzą sobie ze stratą niż mężczyźni. Jest to nawet taki polski syndrom – mężczyźni gorzej znoszą stan rozpaczy i osamotnienia, są bardziej nieporadni, co w konsekwencji doprowadza do depresji, a nawet śmierci. Bywa i tak, że rok po śmierci żony umiera mąż. To znaczy – wszystkie mechanizmy aktywizujące, które dotąd normalnie funkcjonowały, teraz wręcz przyspieszają proces starzenia się, wyłączenia i w konsekwencji – śmierć. Czyli – odchodzę za swoją żoną, bo bez niej nie mogę dalej żyć. Nie w rozumieniu jakiegoś zamachu na życie, ale w pojęciu filozoficznym – nie mam po co żyć, bo moje życie było związane tylko z nią.

– Z różnorodnych danych wynika, że kobiety łatwiej radzą sobie ze stratą niż mężczyźni.
Jest to nawet taki polski syndrom

ŹRÓDŁO: Przewodnik Katolicki nr.46; 13.11.2011
966px × 305px

Poprawiony: czwartek, 17 listopada 2011 00:36
 


Strona 1 z 25
Designed by Templatka.pl | Copyright by SANCTI - Serwis Ewangelizacyjny