|
Wpisany przez Maria Rachel Cimińska
|
|
wtorek, 21 lutego 2012 19:55 |
|

Autor: Ks. Andrzej Przybylski
Nie czuję Boga! Niech ksiądz coś z tym zrobi! – słyszę dość często wołanie młodych.
Myślę też, że jeszcze częściej w sercach młodych ten brak Boskiego czucia jest już tak wielki, że aż nieobecny. Oni już nawet przestali się tym martwić, że nic duchowego nie czują. Taka choroba nazywa się obojętnością. Wyobrażacie sobie, jak biedni są ludzie, którzy tracą smak albo nie mają już ochoty na żadne jedzenie? Taki stan grozi śmiercią! Również i w życiu duchowym nawet wielu ludzi nie wie, że tracąc pragnienie Boga, tracą życie i bezboleśnie umierają. Wiem też, że wielu ludzi stara się jak może, żeby nie zgubić kontaktu z Bogiem, ale coś im nie wychodzi – idą na Mszę św. jak na religijną akademię, próbują czytać Pismo Święte, ale tyle razy już słyszane historie najzwyczajniej ich nudzą, klękają do modlitwy i zanim zaczną, już chcą kończyć. Te wszystkie doświadczenia są wołaniem o duchowe odrodzenie.
Trzeba się na nowo nauczyć „jeść” Boga. Znaleźć jakąś odżywkę, która przywróci nam Boskie smaki. I po to właśnie jest Wielki Post. Choć jest on cały dla Boga, tak naprawdę Bóg chce, żeby on był bardziej dla nas. Choć w tym świętym czasie wyruszamy za Bogiem na Krzyżową Drogę i wylewamy Gorzkie żale nad Jego cierpieniem, to tak naprawdę mamy w Nim na nowo odnaleźć siebie. On oddaje nam życie, a my mamy je wziąć. Przecież nie umiera dla siebie, ale dla nas. Bóg chce, byśmy mieli życie i mieli je w obfitości! To wszystko, co rozważamy i przeżywamy w Wielkim Poście, ma być jak odżywka dla naszego życia. Wejdź w ten czas właśnie po to, żeby odżyć, duchowo odmłodnieć! Wielki Post jest jak duchowa odżywka złożona z trzech ważnych składników: modlitwy, postu i jałmużny.
|
|
Poprawiony: wtorek, 21 lutego 2012 20:19 |
|
Więcej…
|
|
Wpisany przez Maria Rachel Cimińska
|
|
sobota, 18 lutego 2012 22:42 |
|

Idea krucjaty modlitewnej „40 Dni Dla Życia” zrodziła się w Stanach Zjednoczonych. Tam właśnie katolicy modlą się przez 40 dni przy klinikach aborcyjnych. Bezustannie – w dzień i w nocy. Dzięki ich modlitwom w roku 2011 uratowano od aborcji 3599 dzieci i ich matek. W ubiegłorocznej edycji w inicjatywie wzięło udział ponad 250 miast w 9 krajach.
Dziś i Ty masz okazję wziąć udział w tej Akcji. Przez 40 dni Wielkiego Postu bezustannie z różnych stron Polski będzie płynęła modlitwa o Życie i dla Życia. Każda osoba, która zgłosi się do akcji dostanie swój jeden dzień z dokładnie określoną godziną tak, by modlitwa trwała bezustannie. W tym czasie można modlić się na różańcu, Koronką do Bożego Miłosierdzia czy innymi modlitwami tak, aby płynąca modlitwa, była pełna zaangażowania i wiary.
|
|
Poprawiony: sobota, 18 lutego 2012 22:55 |
|
Więcej…
|
|
Wpisany przez Maria Rachel Cimińska
|
|
sobota, 18 lutego 2012 22:32 |

Nie traktujemy feministycznego zagrożenia wystarczająco poważnie. A przecież szkolące swoje międzynarodowe siostry feministki z USA mają krew na rękach. W czasach zakazanej aborcji, same ją organizowały, a nawet zabijały nienarodzone dzieci własnymi rękami. Bez użycia rękawiczek.
Takich feministycznych grupek było kilka. Kooperatywa „Jane” z Chicago funkcjonowała jak lukratywny biznes, podobnie jak grupa z Kalifornii, która utworzyła nawet sieć wielu klinik aborcyjnych. Kobiety te łączyło skażenie horrorem własnej aborcji, co przerodziło się w fanatyzm i radykalizm w działaniu mającym na celu zarażenie nim jak największej liczby kobiet. Praktykowały aborcję w czasach jej zakazu, a po legalizacji mogły zajmować się haniebnym procederem w swoich własnych, legalnych klinikach. Nie ma się więc co dziwić, że feministki tak niezmordowanie walczą o licencję na zabijanie. Wielu chodzi o to, żeby móc prowadzić własne interesy bez ryzyka interwencji policji i więzienia. I reklamują ją po to, aby było jej jak najwięcej i aby tym samym zagwarantować bardziej przystępną cenę, najlepiej obciążającą podatnika. A w legalnych klinikach nadal dzieją się horrory i to nawet z punktu widzenia feministek.
|
|
Poprawiony: sobota, 18 lutego 2012 22:38 |
|
Więcej…
|
|
Wpisany przez ks. Jarosław Oponowicz
|
|
wtorek, 14 lutego 2012 00:52 |
|

Zamieszczam otrzymane świadectwo pewnej osoby:
Św. Walentego, wspomnienie powinno zawsze być radosnym dniem – ale czy tylko dla puchatych misiów i serduch, które mają być formą okazywania miłości, także w dzień patrona epileptyków i chorych psychicznie. Czy warto zadowolić owych zakochanych, i zapomnieć o tych, których patronem jest św. Walenty? Niektórzy mówią, że trzeba się dostosować, aby nie odpychać ludzi, ale … za wszelką cenę?
Oczywiście, można to uznać za wyolbrzymienie problemu, ale gdy patrzymy oczyma tego, któremu „kradnie się” patrona, nie da się milczeć. Znów można podnieść głos, i uznać, że przesada – jakże kradnie?
Zbiegły się dwie tradycje, kościelna i świecka, i ta druga przeważyła. Nie dostrzega się, że o miłości, zakochaniu itd., można mówić przez cały rok; tyle dni umożliwia wskazanie na piękno tego co cenne i wartościowe dla życia młodych ludzi, czy też później małżonków. Może wielu zdrowych dziwić owo „natręctwo” aby zatrzymać św. Walentego, aby przypomnieć sobie tego dnia, tych którzy żyją z ciężarem, który dotyka nie tylko ich ale wpływa na otoczenie w którym przebywają. Przeżywanie epilepsji jest trudne, ale też owocne. Nie są to czerwone róże, którym kolce się obcina, czy też misie którego by się chciało przytulić – epilepsja czy też choroba psychiczna to róże z kolcami – ich piękno można dostrzec, by to się stało, musisz pokaleczyć sobie dłonie. Osoby, które muszą przebywać z takimi osobami, mogą na początku odczuć pewny dyskomfort, czasm ten lęk pozostanie na dłużej. Jednak później przerodzi się on w zdrową troskę o osobę, z dostrzeżeniem jej talentów ale i wad. Towarzyszenie jej, jest jak radosne czuwanie, wpatrywanie się w Jezusa aby móc w takiej osobie dostrzec coś więcej aniżeli chorobę.
|
|
Poprawiony: wtorek, 14 lutego 2012 01:19 |
|
Więcej…
|
|
Wpisany przez TOMASZ SANCTI
|
|
piątek, 10 lutego 2012 16:42 |
Dotychczas była znana głównie jako autorka sformułowań „Miłość jest jak niedziela”, „Rycz, mała, rycz”, „Wyszłam za mąż, zaraz wracam”, „Serwus, jestem nerwus”. Teraz najbardziej znany cytat jej autorstwa brzmi: „Boże, jak to cudownie, że ja to zrobiłam” i dotyczy aborcji. Dwóch aborcji, do dokonania których przyznała się w telewizyjnym reportażu. Jego głównym motywem był fakt, że ona nie lubi dzieci i nigdy ich nie chciała mieć. Zachwyt i piedestał„Właśnie obejrzałem wywiad z Marią Czubaszek... Zostałem rozłożony na łopatki, w pozytywnym tego słowa znaczeniu” zachwycił się na blogu „Student dziennikarstwa i komunikacji społecznej” i dodał: „Maria Czubaszek po raz kolejny pokazała klasę. Szczera, błyskotliwa, bezkompromisowa, bez kompleksów... Jak zawsze”. Mnożył ochy i achy, relacjonując telewizyjne wyznania satyryczki, autorki tekstów piosenek, felietonistki i scenarzystki. Zaimponowała mu do tego stopnia, że choć jest przeciwnikiem palenia, w hołdzie dla niej gotów jest „zajarać”. Link do tego blogowego uwielbienia znalazł się na stronach jednego z czołowych dzienników. Pod postem zamieszczonym w Salonie24 w zaledwie trzy dni znalazło się ponad pięćset komentarzy. Na piedestał satyryczkę błyskawicznie wywindowała też filozof i etyk Magdalena Środa. „Szokujące w zachowaniu Marii Czubaszek jest to, że powiedziała prawdę nie tylko o sobie, ale też o części kobiet w ogóle, a mówienie prawdy to rzecz w sferze publicznej rzadka, zwłaszcza gdy dotyczy spraw, które mają oficjalną wykładnię i są przedmiotem tabu” – ogłosiła w felietonie poświęconym temu, że wiele kobiet nie chce mieć dzieci, a „macierzyństwem zachwycają się najczęściej księża i politycy, którzy z wychowaniem dzieci nie mają nic wspólnego”. Pani profesor nie omieszkała też przemycić dodatkowej pochwały: „Czubaszek powiedziała jeszcze jedną prawdę, że syndrom poaborcyjny (tak jak instynkt macierzyński – dodam od siebie) jest mitem” – napisała, piekąc sprytnie kilka pieczeni na jednym ogniu.
|
|
Więcej…
|
|
Choinka w małżeńskiej sypialni |
|
|
|
|
Wpisany przez TOMASZ SANCTI
|
|
piątek, 10 lutego 2012 15:22 |
 Metody naturalnego planowania rodziny uważane są przez „postępowe” kobiety i ich wygodnych partnerów za opresyjną katolicką moralność, a przez pary (także niewierzące), które je stosują – za małżeński cement. Gdzie leży prawda? Ci pierwsi oburzają się, że Kościół wtyka swój nos do małżeńskiej sypialni i w dodatku zabrania im współżyć. Złośliwie nazywają metody naturalne „watykańską ruletką”, mimo że nie wymyślił ich Kościół: nie powstały one „na zamówienie” episkopatu ani nawet samego papieża. Testowane przez wybitnych naukowców we współpracy z parami, wyodrębniły się jako dziedzina medycyny. Ci drudzy długo wyliczają zalety naturalnego planowania rodziny (NPR) i udowadniają jego wyższość nad antykoncepcją. Ale zacznijmy od początku. O co w tym chodzi? Metody NPR powstały po to, by precyzyjnie wyznaczyć te dni w miesiącu, kiedy małżeństwo ma największe szanse na poczęcie dziecka i, z drugiej strony, by określić, w których dniach można współżyć i najprawdopodobniej nie dojdzie do poczęcia, jeśli para nie jest na to gotowa. W dużym skrócie – mają więc służyć kształtowaniu postawy odpowiedzialnego rodzicielstwa. W NPR nie mówimy o płodności kobiety i mężczyzny, ale o płodności pary. Zdrowy mężczyzna jest płodny przez wszystkie dni w miesiącu. Kobieca komórka jajowa jest zdolna do zapłodnienia przez 24 godziny. Biorąc pod uwagę żywotność plemników (rekordzista przeżył w ciele kobiety 7 dni!) i ewentualne wahania hormonalne, przyjmuje się, że okres płodności pary w 28-dniowym kobiecym cyklu wynosi ok. 9 dni. Kluczem do stosowania z powodzeniem metod naturalnych jest umiejętność wyznaczenia tych 9 dni. Użytkownicy mają do wyboru kilka metod bazujących na obserwacji różnych parametrów, m.in. podstawowej temperatury ciała kobiety, śluzu szyjki macicy czy położenia szyjki. Metody sprawdzają się u kobiet z różną długością cykli czy pracujących na zmiany. Radzą sobie z nietypowymi sytuacjami jak choroba, drastyczna zmiana klimatu, silny stres albo „rekonwalescencja” po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej. Jeśli małżeństwo nie planuje w danym cyklu poczęcia dziecka, w fazie płodnej powinno powstrzymać się od współżycia. Jest to trudne zwłaszcza dla młodych małżeństw, lecz z drugiej strony daje szansę na poznanie pięknej palety innych sposobów wyrażania miłości. Rozwija czułość i delikatność, bo przytulanie i głaskanie nie jest w tym czasie zabronione, pobudza inwencję twórczą („nie możemy współżyć, ale dam żonie kwiaty, by wiedziała, że ją kocham”), uczy daru z siebie. Pozwala utrzymać świeżość w sypialni przez długie lata. Jak powiedziała kiedyś Teresa Król, prekursorka metod naturalnych w Polsce, ze współżyciem jest jak z choinką – nikogo by nie cieszyła, gdyby stała na środku salonu przez 365 dni w roku. Jeśli natomiast małżeństwo marzy o powiększeniu rodziny, NPR wskaże dni, w których szansa na poczęcie jest największa. Żadna antykoncepcja nie ma tej „usługi” w swoim pakiecie.
|
|
Więcej…
|
|
Wpisany przez TOMASZ SANCTI
|
|
piątek, 10 lutego 2012 02:07 |
W mroźny poranek 30 stycznia 2012 r. kopia Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej wyruszyła z Częstochowy na WschódRozpoczęła się peregrynacja kopii Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej, zorganizowana w intencji ratowania życia ludzkiego przez Human Life International i współpracujących z nią prawosławnych obrońców życia. Organizatorzy pragną, aby Ikona, która obecnie podąża przez Białoruś do Moskwy, dotarła do wschodnich wybrzeży Rosji, a następnie, powracając z Dalekiego Wschodu przez kraje Azji i Europy, przybyła do Fatimy. Trasa peregrynacji jest bardzo długa, stąd jej określenie: „Od oceanu do oceanu” lub też: „Od Władywostoku do Fatimy”. Cel tej dalekiej wędrówki zawiera Akt Powierzenia, odczytany na Jasnej Górze 28 stycznia podczas Mszy św. inaugurującej peregrynację: „Stajemy przed Tobą, Matko Zbawiciela, z pełną świadomością, że sami nie jesteśmy w stanie wygrać tego globalnego zmagania. Stań na czele ruchów obrony życia i prowadź nas. Ochroń życie! Ocal rodziny! Dodaj nam sił!”. Na linii frontuNim Ikona wyruszyła w daleką drogę, 28 stycznia na Jasnej Górze odbyło się spotkanie przywódców ruchów obrony życia z 16 krajów. Przybyli przedstawiciele: Ukrainy, Białorusi, Litwy, Łotwy, Rosji, Kazachstanu, Czech, Słowacji, Austrii, Szwajcarii, Hiszpanii, Włoch, Portugalii, Wielkiej Brytanii. Był także ks. Peter West z USA – wiceprezydent Human Life International, największej, ogólnoświatowej organizacji obrony życia, i, oczywiście, obecni byli przedstawiciele Polski z Ewą Kowalewską, reprezentującą Klub Przyjaciół Ludzkiego Życia – HLI Polska. – Spotkaliśmy się na Jasnej Górze, ponieważ mamy świadomość, że sami nie wygramy – mówi Ewa Kowalewska. – Jest globalny atak cywilizacji śmierci, dlatego musimy zwrócić się o pomoc do Maryi. Ta peregrynacja nawiązuje do dawnych tradycji przenoszenia ikony linią frontu, tam, gdzie istnieje największe zagrożenie. W tę sprawę bardzo mocno zaangażowali się przedstawiciele Kościoła prawosławnego. Idea peregrynacji pochodzi od nich. Obrona życia łączy ludzi różnych wyznań. Angażują się w nią katolicy i wyznawcy prawosławia, a także duchowni i wierni Kościołów protestanckich. Tak więc peregrynacja, która zaczyna już żyć własną historią, będzie miała wiele wymiarów. Najważniejszy jest ten, o którym mówił abp Stanisław Nowak w Kaplicy Cudownego Obrazu podczas Mszy św. inaugurującej wędrówkę Ikony „Od oceanu do oceanu”: – Godzi się, żeby nasza przedobra Matka w kopii Ikony Jasnogórskiej, poświęconej dziś tu, w tym niezwykłym miejscu na Jasnej Górze, i przyłożona do oryginału świętej Ikony, przeszła przez cały świat, przez Azję i Europę, dotykając ludzkich serc i sumień. Wprost do serca będzie mówiła i prosiła: „Ludzie, szanujcie życie. Ratujcie każdego człowieka. Nie ważcie się go niszczyć i zabijać”.
|
|
Więcej…
|
|
Kilka myśli na dzień zakochanych |
|
|
|
|
Wpisany przez TOMASZ SANCTI
|
|
piątek, 10 lutego 2012 01:07 |
Nie bardzo lubię walentynki. Właściwie nie zastanawiałem się dlaczego. No bo czemu ksiądz miałby Dzień Zakochanych lubić? Ale odpowiedź podsunęli mi moi uczniowie z maturalnej klasy technikum budowlanego. Młodzi, piękni, dwudziestoletni, z którymi co tydzień rozmawiam o różnych sprawach „około-miłosnych” i „kierunkowo-małżeńskich”. Ale zanim na postawione sobie pytanie odpowiem, to parę słów wyjaśnienia się należy. Odnośnie do miłości: tej nieprawdziwej i tej najprawdziwszej. Od chemii się zaczyna, ale na niej się nie kończyNierzadko można odnieść wrażenie, że ludzie zdają się ulegać temu złudzeniu, że miłość, jak wszystko inne w życiu, da się wyjaśnić. Potrzeba nam jeszcze trochę wiedzy, by okazało się, że zakochanie to tylko działanie feromonów, endorfiny (hormon szczęścia), dopaminy, testosteronu itd., itd. Właściwie nie ma tajemnicy, nie ma zadania dla duszy, jest tylko bodziec (np. dziewczyna) i reakcja (adekwatnie w chłopaku). Osiedlowa knajpka, pub, kawiarnia, może stolik w kinowej restauracji. Nastrojowa muzyka, biały obrus, paląca się świeca. On – bardziej niż zwykle elegancki, promieniujący, ona – ze swoim kobiecym instynktem przeczuwająca, że oto coś się wydarzy. Zaproponowana kawa, ciastko, maślane oczy, ciepłe słowa. Sytuacja wreszcie dojrzewa do ważkich słów: Widzisz, Kochanie, wydaje mi się, że jesteś w stanie zapewnić mi taki poziom feromonów i endorfiny, że bez tej substancji, którą Twoja obecność we mnie sprawia, chyba nie będę już mógł żyć. Czy zgodzisz się być dostawcą tych wszystkich hormonów aż do końca dni moich…? Ty mój Feromonie kochany, jedyna Endorfino… Nie gódźmy się na świat, w którym nie ma miłości – tego, co wypływa z samego centrum człowieka, z jego serca, z jego rozumu, z jego sumienia. Jednym słowem: z duszy ludzkiej, którą mamy od Boga.
|
|
Więcej…
|
|
Dwie pomarańcze i „Serduszko” |
|
|
|
|
Wpisany przez TOMASZ SANCTI
|
|
piątek, 10 lutego 2012 00:33 |
Zagrała w 90 filmach, 150 sztukach teatralnych, wielu słuchowiskach radiowych i w Kabarecie Dudek, ale największą popularność przyniósł Teresie Lipowskiej udział w serialu „M jak miłość”. Sprawiła to potęga telewizji i specyfika tej telenoweli. Dzięki roli Barbary Mostowiak od ponad 11 lat jest obecna w polskich domach jak dobra znajoma
Ma w sobie jakąś siłę, pogodę ducha i spokój. Emanuje z niej życzliwość dla ludzi. I oni to czują, dlatego jest tak lubiana. Podglądanie, jak żyje rodzina Mostowiaków, weszło Polakom w krew. W szczytowym momencie serial skupiał przed telewizorami 10 mln widzów. Rekord wyniósł 12,6 mln! Jest stale obecny w programie Telewizji Polonia i oglądany przez rodaków rozsianych po świecie. W czasach tak wielkiej, jak obecnie, młodej emigracji stanowi dla wielu polskich „londyńczyków” namiastkę rodziny. Krzewi tradycje, obyczaje, upowszechnia prawdę, którą przekazał już Eurypides: „Miłość to wszystko, co mamy; to jedyny sposób, w jaki możemy sobie nawzajem pomóc”. – W dzisiejszej dobie kryzysu rodziny, gdy wiele małżeństw się rozpada, rodzice nie mają czasu dla dzieci, a one, opuszczając gniazdo rodzinne, tracą kontakt z matką i ojcem – rodzina Mostowiaków stała się swoistego rodzaju remedium na samotność i odrzucenie – tłumaczy fenomen serialu Lipowska.
|
|
Poprawiony: piątek, 10 lutego 2012 00:55 |
|
Więcej…
|
|
|